czwartek, 9 lipca 2015

Gabriel Garcia Marquez, Sto lat samotności, Muza SA, Warszawa 2014 - ulubione fragmenty

Gabriel Garcia Marquez, Sto lat samotności, Muza SA, Warszawa 2014

Liberałowie - tłumaczył mu - są masonami, ludźmi złych zasad, żądają wieszania księży, wprowadzenia ślubów cywilnych i rozwodów, zrównania praw dla dzieci legalnie i nielegalnie urodzonych, podziału kraju według systemu federalnego, który pozbawi najwyższą władzę siły. Konserwatyści natomiast, którzy otrzymali władzę bezpośrednio od Boga, głosili stałość porządku publicznego i moralność w życiu rodzinnym, bronili wiary w Chrystusa, zasad władzy i nie zamierzali dopuścić do rozbicia kraju na jednostki autonomiczne. Ze względów humanitarnych Aureliano sympatyzował z postawą liberałów.popierając żądanie równości praw dla dzieci naturalnych, w żaden sposób jednak nie rozumiał, jak można dojść do takiej ostateczności jak wojna z powodu rzeczy, których nie można dotknąć ręką. s. 111

Pewnego popołudnia porządkując salon Urszula poprosiła o pomoc żołnierzy, którzy pilnowali domu. Młody dowódca straży udzielił pozwolenia. Stopniowo Urszula zatrudniała ich przy różnych zajęciach domowych. Zapraszała ich na posiłki, obdarowywała bielizną i butami, uczyła czytać i pisać. Kiedy rząd wydał rozkaz zaprzestania inwigilacji, jeden z żołnierzy został w domu i był na służbie przez wiele lat. W dzień Nowego Roku, doprowadzony do rozpaczy pogardą Pięknej Remedios, młody dowódca straży zmarł z miłości i znaleziono go martwego pod jej oknem. s.203

Aureliano Drugi był pogrążony w lekturze jakiejś książki. Chociaż nie miała okładek i nigdzie nie można było dostrzec tytułu, chłopiec delektował się
opowieścią o kobiecie, która zasiadała do stołu i zjadała tylko kilka ziarenek ryżu nadziewając je na szpilkę, lub historią o rybaku, który prosił swojego sąsiada o pożyczenie ciężarków do sieci, a ryba, którą dał mu później w zamian za to, miała w brzuchu diament; o lampie, która spełniała życzenia, i latających dywanach. Zdziwiony zapytał Urszulę, czy to wszystko prawda, a ona potwierdziła, że wiele lat temu Cyganie przywozili do Macondo czarodziejskie lampy i latające dywaniki.
- Sęk w tym - westchnęła - że świat się powoli kończy i już się takie rzeczy nie zdarzają. s. 207

Zamknięty w sobie, milczący, nieczuły na nowy podmuch żywotności, który wstrząsnął domem, pułkownik Aureliano Buendia nie rozumiał, że sekretem dobrej starości jest nie co innego, tylko szczery pakt z samotnością. s.223

- Tam jedzie - zdołała wytłumaczyć - coś jak ogromna kuchnia i ciągnie za sobą
domy. W tym momencie miastem wstrząsnął przeraźliwy gwizd i jakieś dziwne, urywane sapanie. W poprzednich tygodniach widziano ekipy ludzi instalujących podkłady i szyny, ale nikt nie zważał na nich, bo myślano, że to nowa sztuczka Cyganów, którzy wracali ze
swoim odwiecznym i niepoważnym rwetesem gwizdków i grzechotek, wychwalając
doskonałość jakiejś tam mikstury wynalezionej przez wschodnich mędrców od Siedmiu Boleści. Ale kiedy ochłonięto ze zdumienia i ogłuszenia, wszyscy mieszkańcy miasta wylegli na ulicę i zobaczyli Aureliana Smutnego machającego z parowozu ręką na powitanie i patrzyli urzeczeni na - pociąg ubrany kwiatami, który przybywał tu po raz pierwszy z ośmiomiesięcznym opóźnieniem. Niewinny żółty pociąg, który tyle niepewności i faktów oczywistych, tyle miłych niespodzianek i tyle niepowodzeń, tyle zmian i tyle katastrof, i tyle tęsknot miał przynieść do Macondo. s.247-248

(…) kino jest maszyną wywołującą złudzenia i nie zasługuje na reakcje emocjonalne publiczności. Po tym studzącym zapał wyjaśnieniu wielu uznało, że padli, ofiarą nowego oszustwa Cyganów, postanowili więc zbojkotować kino w przekonaniu, że mają zbyt dużo własnych zmartwień, żeby opłakiwać zmyślone nieszczęścia wymyślonych ludzi. s.249

Pewnego dnia, kiedy (Piękna Remedios) zaczynała się kąpać, ktoś spośród przybyszów uniósł obluzowaną dachówkę i znieruchomiał z zapartym tchem, podziwiając wspaniałość jej nagich kształtów. Ona zobaczyła jego zrozpaczone oczy poprzez otwór w dachu i nie odczuła wstydu, tylko przestrach.
- Ostrożnie - krzyknęła - spadnie pan.
- Chcę tylko patrzeć na panią - szepnął intruz.
- No dobrze - odpowiedziała - ale proszę uważać, bo dach jest spróchniały.
Twarz mężczyzny skamieniała w jakimś bolesnym osłupieniu, jak gdyby toczył
głuchą walkę przeciw swym pierwotnym impulsom, nie chcąc zniszczyć mirażu. Piękna Remedios myślała, że cierpi ze strachu, żeby strop się nie rozleciał, i skończyła się kąpać prędzej niż zwykle, żeby go nie narażać na dalsze niebezpieczeństwo. Oblewając się wodą ze zbiornika powiedziała, że martwi ją ten zły stan dachu, bo warstwa liści zgniłych od deszczu z pewnością jest przyczyną gnieżdżenia się skorpionów w łazience.Cudzoziemcowi jej szczebiot wydał się zachętą i gdy zaczęła się namydlać, uległ
pokusie, żeby posunąć się dalej.
- Ja panią namydlę – szepnął.
- Dziękuję za dobre chęci - odpowiedziała - ale zupełnie wystarczają mi moje dwie ręce.
- Choćby tylko plecy - błagał intruz.
- To zbyteczne - odpowiedziała. - Kto kiedy widział, żeby ludzie mydlili sobie plecy?
Później, kiedy się wycierała, on błagał ją z oczami pełnymi łez, żeby została jego żoną. Odpowiedziała mu szczerze, że nigdy nie wyjdzie za mąż za mężczyznę, który stracił już całą godzinę i wyrzekł się obiadu tylko po to, żeby zobaczyć kąpiącą się kobietę. W końcu, kiedy włożyła suknię, mężczyzna stwierdził naocznie, że istotnie, jak wszyscy podejrzewali, nie nosi nic pod spodem. To było więcej, niż mógł znieść - czuł się
napiętnowany na zawsze rozpalonym żelazem tej tajemnicy. Wyjął jeszcze dwie
dachówki, żeby dostać się do wnętrza łazienki.
- To bardzo wysoko - uprzedziła go przestraszona - zabije się pan.
Przegniły strop rozleciał się z groźnym trzaskiem i mężczyzna ledwie zdążył
krzyknąć z przerażenia, zanim rozbił sobie czaszkę i umarł bez jęku na cementowej podłodze. Cudzoziemcy, którzy dosłyszeli hałas w jadalni i pospieszyli, żeby wynieść trupa, poczuli na jego skórze dławiący zapach Pięknej Remedios. Całe jego ciało było nim tak nasiąknięte, że z rozbitej czaszki popłynęła nie krew, lecz bursztynowa oliwa przesycona tym tajemnym aromatem, i wtedy zrozumieli, że zapach Pięknej Remedios
torturuje mężczyzn nawet po śmierci, dopóki nie rozsypią się kości. s.259

Fernanda, chcąc poskładać w ogrodzie swoje koronkowe prześcieradła, poprosiła o pomoc domowe kobiety. Ledwie zaczęły je przeciągać, kiedy Amaranta spostrzegła bladość
Pięknej Remedios, która wydawała się niemal przezroczysta.
- Źle się czujesz? - spytała. Piękna Remedios, trzymając prześcieradło za drugi koniec, uśmiechnęła się z politowaniem.
- Przeciwnie - odpowiedziała - nigdy nie czułam się lepiej. Ledwie wymówiła te słowa, Fernanda poczuła, że jakiś leciutki wiatr wyrywa jej
prześcieradło z ręki i rozpościera je na całą szerokość. Amaranta uczuła tajemnicze drganie w koronkach swych spódnic i próbowała uchwycić prześcieradło, żeby nie upaść, w chwili gdy Piękna Remedios zaczęła unosić się w górę. Tylko Urszula, prawie już niewidoma, znalazła w sobie dość pogodnego spokoju, żeby rozpoznać ten nieuchwytny wiatr, i zostawiła bieliznę jego lasce, patrząc, jak Piękna Remedios ręką przesyła jej pożegnanie pośród oślepiającej bieli trzepoczących prześcieradeł, które unosiły się z nią
razem, z nią razem opuszczały świat żuków i dalii, przelatując przez powietrze, gdzie kończyła się godzina czwarta po południu, i z nią razem znikły na wyżynach, gdzie nie mogły jej już dosięgnąć najwyżej szybujące ptaki pamięci. s. 263

Kiedyś Fernanda przewróciła do góry nogami cały dom szukając zgubionej obrączki, którą Urszula znalazła w sypialni na półce dzieci. Po prostu kiedy inni chodzili nieuważnie tu i tam, ona pilnowała wszystkich swoimi czterema
zmysłami, żeby nigdy jej nie zaskoczono. I po jakimś czasie odkryła, że każdy z członków rodziny codziennie, nie zdając sobie z tego sprawy, powtarza tę samą trasę, te same czynności i niemal te same słowa o tej samej godzinie. Tylko zmieniając cokolwiek w tej drobiazgowej rutynie narażali się na niebezpieczeństwo zgubienia czegoś. To też usłyszawszy, że Fernanda zgubiła obrączkę, Urszula przypomniała sobie, że jedyną jej odmienną czynnością tego dnia było wystawienie na sionce materaców dzieci, bo Meme poprzedniej nocy znalazł pluskwę. Ponieważ dzieci asystowały przy robieniu porządków,
Urszula pomyślała, że Fernanda położyła obrączkę w jedynym miejscu, do którego nie mogły sięgnąć - na wysokiej półce, Fernanda zaś szukała jej wyłącznie na trasach codziennej drogi, nie wiedząc, że rutyna przeszkadza w szukaniu zgubionych rzeczy i dlatego tak trudno je znaleźć. s. 273

Ból świata kończył się na powierzchni jej skóry i wszelka gorycz odpłynęła z serca. Żałowała, że to objawienie nie przyszło wiele lat wcześniej,
kiedy jeszcze można było oczyścić wspomnienia i odbudować na nowo wszechświat w blasku nowego światła i bez drżenia wspominać zapach lawendy Pietra Crespiego wieczorami i odkupić Rebekę, podnieść ją z dna nędzy nie przez nienawiść ani miłość, tylko przez bezgraniczne zrozumienie samotności. Nienawiść, jaką zauważyła pewnego wieczoru w słowach Meme, wstrząsnęła nią nie dlatego, że dotyczyła jej osoby, lecz dlatego, że ujrzała swe własne odbicie w innej, cudzej młodości, która zdawała się tak czysta, jak musiała innym wydawać się jej własna młodość, a jednak była już skażona złością. s. 306

Co wieczór wracając z łazienki Meme znajdowała Fernandę w trakcie desperackiej walki z motylami przy użyciu wszelkich możliwych środków owadobójczych. „Co za plaga! - jęczała. - Całe życie mówiono mi, że nocne motyle przynoszą nieszczęście”. Pewnego wieczora, kiedy Meme kąpała się w łazience, Fernanda weszła przypadkiem do jej sypialni, tak pełnej motyli, że z trudem można było oddychać. Chwyciła ścierkę, żeby je wypędzić, i serce jej zlodowaciało ze zgrozy, gdy nagle skojarzyła wieczorne kąpiele córki z kataplazmami gorczycznymi, które poniewierały się po podłodze. Nie odczekała
na właściwy moment, jak za pierwszym razem. Nazajutrz zaprosiła na obiad nowego alkada, który tak jak ona przybył tu z pustynnego płaskowyżu, i poprosiła go o przydzielenie straży nocnej, która pilnowałaby domu od tyłu, gdyż jest pewna, że kradną jej kury. Tego samego wieczora kula jednego ze strażników ugodziła Mauricia Babilonię w chwili, gdy podnosił dachówki, żeby dostać się do łazienki, gdzie oczekiwała go Meme, naga i drżąca z miłości, pośród skorpionów i motyli, tak jak co wieczór przez dwa
ostatnie miesiące. Kula, która ugrzęzła w kręgosłupie, przykuła go do łóżka na resztę jego życia. Umarł po długich latach cierpienia, w samotności, bez jednej skargi, bez protestu, bez najmniejszych prób buntu dręczony przez wspomnienia i żółte motyle, które nie dały mu chwili spokoju, i publicznie potępiony jako złodziej kur.s. 319

Był jednym z pierwszych, którzy sprowadzili do Macondo blachy cynkowe na długo przedtem, zanim Kompania Bananowa wprowadziła je w modę, po to tylko, żeby zrobić z nich dach nad sypialnią Petry Cotes i radować się nastrojem intymności domowego zacisza, jaki wywoływało w nim uderzanie kropel o blachę. Ale nawet te wspomnienia wybryków bujnej młodości pozostawiały go niewzruszonym, jak gdyby ostatnia hulanka, wyczerpawszy jego temperament, nagrodziła go w zamian za to cudownym darem zdolności wspominania miłosnych uciech bez goryczy i żalu.s.346

Gaston nie tylko był gwałtownym kochankiem o niewyczerpanej wyobraźni i wiedzy, ale także prawdopodobnie pierwszym w dziejach ludzkości człowiekiem, który dokonał przymusowego lądowania i omal się przy tym nie zabił, razem ze swoją narzeczoną, tylko po to, żeby kochać się z nią na łące fiołków. s. 415

Nie było natomiast siły ludzkiej zdolnej go przekonać, żeby nie zabierał ze sobą trzech skrzyń z papierami, kiedy wracał do rodzinnej wioski i obsypywał kartagińskimi wyzwiskami inspektorów kolei, którzy usiłowali nadać je na bagaż, póki nie dopiął tego, że pozwolono mu zatrzymać je przy sobie w wagonie pasażerskim. „To już byłby koniec tego zasranego świata - powiedział wtedy - gdyby ludzie podróżowali pierwszą klasą, a literatura wagonem bagażowym”. s.437

Świadomi tej groźby Aureliano i Amaranta. Urszula spędzili ostatnie miesiące trzymając się za ręce, pogrążeni w miłości bezgrzesznej i lojalnej, z myślą o synu poczętym w szale cudzołóstwa. Nocą, przytuleni do siebie w łóżku, nie lękali się huczącej nawałnicy mrówek, furkotu moli ani wyraźnego, nieustannego szelestu rosnących mchów w sąsiednich pokojach. Nieraz budzili ich zmarli krążący po domu. Słyszeli Urszulę staczającą bitwy z prawami stworzenia o zachowanie swego rodu, Josego Arcadia Buendię w poszukiwaniu złudnej prawdy o wielkich wynalazkach, słyszeli modlącą się Fernandę, pułkownika Aureliana Buendię głupiejącego od oszustw wojennych i wyrobu
złotych rybek, Aureliana Drugiego konającego od smutku samotności pośród zabaw - i wtedy dowiedzieli się, że wielkie obsesje silniejsze są niż śmierć, i uszczęśliwiła ich pewność, że nadal będą kochać się po śmierci, jako widma, jeszcze długo potem, gdy inne gatunki zwierząt przyszłości wydrą insektom ten raj nędzy, który insekty wydzierają teraz ludziom. s. 448

I znów przeskoczył kilka wierszy, by wyprzedzić przepowiednię i sprawdzić datę i okoliczności swojej śmierci. Ale nim doszedł do ostatniego wiersza, zrozumiał już, że nie wyjdzie nigdy z tego pokoju, gdyż powiedziane było, że miasto zwierciadeł (lub zwierciadlanych miraży) zmiecione będzie przez wiatr i wygnane z pamięci ludzi w chwili, kiedy Aureliano Babilonia skończy
odcyfrowywać pergaminy, i że wszystko, co w nich spisano, niepowtarzalne jest od wieków i na wieki, bo plemiona skazane na sto lat samotności nie mają już drugiej szansy na ziemi. s.454

niedziela, 19 stycznia 2014

Nie lubiłem jazzu, ale zdecydowanie wolałem go od dzisiejszej muzyki akademickiej, gdyż swoją radosną pierwotną dzikością trafiał głęboko również i w mój świat popędów i tchnął naiwną, uczciwą zmysłowością. Czy ku temu zmierza? Czyżbyśmy, starzy znawcy i czciciele niegdysiejszej Europy, dawnej, prawdziwej muzyki, prawdziwej poezji minionych lat - byli tylko nikłą, głupią mniejszością skomplikowanych neurotyków, którzy jutro zostaną zapomniani i wyśmiani? Czyżby to, co nazywaliśmy “kulturą”, duchem, duszą, pięknem i świętością, było od dawna martwym upiorem, tylko przez nas, nielicznych szaleńców, uważanym za coś, co jest prawdziwe i żywe? A może to wszystko nigdy prawdziwe i żywe nie było? Może to, w co my, szaleńcy, wkładaliśmy tyle trudu, zawsze było tylko złudzeniem? Nie nauczył się jednak zadowolenia z samego siebie i ze swojego życia. Tego nie potrafił, był człowiekiem niezadowolonym, a pochodziło to prawdopodobnie stąd, że w głębi serca zawsze wiedział (lub zdawało mu się, że wie), iż właściwie nie jest człowiekiem, lecz wilkiem ze stepu. Również i taki człowiek, który me ma w sobie wilka, nie musi być dzięki temu szczęśliwy. A z kolei najnieszczęśliwsze życie ma swoje słoneczne godziny i swoje ubożuchne kwiatki szczęśliwości, rozsiane wśród piasku i kamieni. Istnieje dość dużo ludzi tego typu co Harry, zwłaszcza wielu artystów należy do tego gatunku. Ludzie ci mają w sobie dwie dusze, dwie istoty, są w nich cechy boskie i szatańskie, krew matczyna i ojcowska, a zdolność do szczęścia i zdolność do cierpienia tkwi w nich w takiej samej wrogości i pogmatwaniu, sąsiedztwie i połączeniu, jak wilk i człowiek w Harrym. I ludzie ci, których życie jest bardzo niespokojne, przeżywają niekiedy w rzadkich chwilach uniesień tak silne i niewypowiedziane piękno, a fala ich chwilowego szczęścia wznosi się niekiedy tak wysoko i oślepiająco nad morze cierpienia, że owa krótka rozbłyskująca błogość, promieniując dokoła, ogarnia i oczarowuje również innych. Tak powstają nad morzem cierpienia, jako cenna, krótkotrwała fala szczęścia, wszystkie te dzieła sztuki, w których pojedynczy cierpiący człowiek wzniósł się na jedną chwilę tak wysoko ponad swój własny los, że jego szczęście błyszczy jak gwiazda i wszystkim, którzy je widzą, objawia się jako coś wiecznego, jako ich własny sen o szczęściu. Wszyscy ci ludzie, jakkolwiek będą się nazywać ich czyny i dzieła, właściwie nie mają w ogóle żadnego życia, to znaczy, ich życie nie jest bytem, nie ma kształtu, nie są oni bohaterami, artystami czy myślicielami w tym sensie, w jakim inni ludzie są sędziami, lekarzami, szewcami czy nauczycielami, lecz życie ich jest wiecznym, pełnym cierpienia ruchem i wrzeniem, jest nieszczęśliwe i boleśnie rozdarte, jest przerażające i bezsensowne, jeżeli nie zechcemy dostrzec sensu w tych właśnie rzadkich przeżyciach, czynach, myślach i dziełach, które rozbłyskują nad chaosem takiego istnienia. Wśród ludzi tego rodzaju powstała niebezpieczna i straszliwa myśl, że, być może, całe życie ludzkie jest tylko okrutną pomyłką, jakimś gwałtownym i niefortunnym, poronionym tworem pramatki, jakąś dziką i straszliwie chybioną próbą natury. Wśród nich jednak zrodziła się też inna myśl, że człowiek jest może nie tylko na pół rozumnym zwierzęciem, lecz i dzieckiem Bożym, przezna- czonym do nieśmiertelności. Drugą cechą było to, że należał do samobójców. Tu trzeba wyjaśnić, że błędem jest nazywanie samobójcami tylko tych, którzy rzeczywiście odbierają sobie życie. Między nimi wielu jest takich, którzy w pewnym sensie stają się samobójcami tylko przez przypadek, a chęć targnięcia się na życie wcale nie musi tkwić w ich psychice. Wśród ludzi bez szczególnej osobowości, bez zdecydowanego charakteru, bez wstrząsów w życiorysie, wśród ludzi tuzinkowych i żyjących stadnie są tacy, którzy kończą samobójstwem, chociaż w całej swej strukturze i ukształtowaniu nie należą do typu samobójców, gdy tymczasem bardzo wielu, może nawet większość spośród tych, których z istoty należy zaliczyć do samobójców, nigdy nie usiłuje targnąć się na życie. “Samobójca” - a Harry nim był - niekoniecznie musi żyć w szczególnie bliskim kontakcie ze śmiercią, taki kontakt można mieć, nie będąc samobójcą; ale właściwością samobójcy jest to, że swoje “ja” - obojętne, słusznie czy niesłusznie - odczuwa jako szczególnie niebezpieczny, niepewny i zagrożony element natury, że wydaje mu się, iż stale jest narażony i wystawiony na niebezpieczeństwo, tak jak gdyby stał na szczycie skały, gdzie słabe pchnięcie z zewnątrz lub drobna słabość od wewnątrz wystarczą, by strącić go w próżnię. Jedna z tych dróg wiedzie ku świętości, ku męczeństwu ducha, ku oddaniu się Bogu. Druga wiedzie do rozpusty, do męczeńskiej niewoli popędów, do zatracenia się w zgniliźnie. Między tymi obiema drogami mieszczuch usiłuje żyć pośrodku. Nigdy siebie nie zatraci, nigdy nie odda się ani upojeniu zmysłów, ani ascezie, nigdy nie stanie się męczennikiem, nigdy nie zgodzi się na swoje unicestwienie. Przeciwnie, jego ideałem nie jest poświęcenie, lecz zachowanie swojego “ja”, nie zmierza on bowiem ani do świętości, ani do jej przeciwieństwa, nie znosi skrajności, chce wprawdzie służyć Bogu, ale też i rozkoszy, chce wprawdzie być cnotliwy, ale też i na ziemi mieć trochę dobrobytu i wygód. Krótko mówiąc, usiłuje zająć miejsce pośrodku między skrajnościami w umiarkowanej i zdrowej strefie, bez gwałtownych sztormów i burz, i to mu się też udaje, lecz za cenę intensywności życia i uczuć, jaką daje życie ukierunkowane na absolut i skrajność. Intensywnie żyć można tylko kosztem swego “ja”. Mieszczuch niczego wyżej nie ceni nad swoje “ja” (oczywiście owo tylko z grubsza rozwinięte “ja”). Kosztem intensywności zyskuje stabilizację i pewność, za- miast opętania Bogiem - spokój sumienia, zamiast rozkoszy - zadowolenie, zamiast wolności - wygodę, zamiast śmiertelnego żaru - przyjemną temperaturkę. Dlatego też mieszczuch jest z natury istotą o słabej dynamice życiowej, tchórzliwą, lękającą się każdego ryzyka, łatwą do rządzenia. Z tego też powodu zastąpił władzę liczebną przewagą, gwałt - prawem, odpowiedzialność - głosowaniem.

poniedziałek, 9 grudnia 2013

przysłowie buddyjskie

Każdemu człowiekowi dany jest klucz do bram nieba. Ten sam klucz otwiera bramy piekielne.

Poezja Richarda Feynmana (Nobel z fizyki)

Stoję samotnie nad brzegiem morza i zaczynam myśleć: Oto pędzące fale góry cząsteczek każda niedorzecznie zajęta sobą oddalone o tryliony od siebie lecz razem tworzą białą pianę. Przez całe wieki nim pierwsze oczy przejrzały rok za rokiem z hukiem wali w brzeg, jak teraz. Dla kogo, dlaczego? Na martwej planecie bez życia, które mogłaby bawić. Nigdy nie spoczywa rozsadzana energią straszliwie smagana słońcem wylana w przestrzeń. Dzięki maleńkiej kropli huczy całe morze. Głęboko, pod wodą wszystkie cząsteczki powtarzają zachowanie innych dopóki nie utworzą się nowe, bardziej złożone. Tworzą inne, takie same i zaczyna się nowy taniec. Rosną i stają się bardziej złożone żywe istoty masy atomów DNA, białka tańczące w jeszcze bardziej zawiłym układzie. Z kolebki na suchy ląd oto on stoi: atomy obdarzone świadomością, materia obdarzona ciekawością. Stoi nad brzegiem morza, zdumiewa się zdumieniem: to ja wszechświat atomów atom we wszechświecie

środa, 30 października 2013

"Mowa ojczysta" - moje nowe tłumaczenie:) i oryginał

Оксана Забужко РІДНА МОВА Мова кожного народу неповторна і - своя; в ній гримлять громи в негоду, в тиші - трелі солов'я. На своїй природній мові і потоки гомонять; зелен-клени у діброві по-кленовому шумлять. Солов'їну, барвінкову, колосисту - на віки - українську рідну мову в дар мені дали батьки. Берегти її, плекати буду всюди й повсякчас, бо ж єдина - так, як мати, мова в кожного із нас! Oksana Zabużko „Mowa ojczysta” Mowa każdego narodu wyjątkowa jest i trwa w niepogodę – głosem gromu w ciszy – trelem słowika. W swym języku naturalnym szmer potoku niesie wieść i zielony klon w dąbrowie swą klonową szumi pieśń. Przez słowika i barwinek ukraińskiej mowy dar wzbogacony i na wieki przez rodziców dany nam. Chronić ją i pielęgnować będę zawsze, w każdy czas, bo jest jedna – tak, jak matka mowa dla każdego z nas.

czwartek, 17 października 2013

Dalej jednostki smutku

And there are no letters in the mailbox And there are no grapes upon the vine, And there are no chocolates in the boxes anymore, And there are no diamonds in the mine. /Diamonds In The Mine/

poniedziałek, 11 lutego 2013

"jednostka smutku - jeden Cohen" /A. Poniedzielski/

"Obudziłem się sam z ręką na twej nieobecności" "Dobrze jest zasiadać z ludźmi, którzy wstają późno" "Jej gościnność była niepokalana" "Wiesz, że trochę źle ma w głowie, lecz dlatego chcesz być tutaj" "Ciała jej dotknąłeś myślą swą" "Domagamy się potajemnej miłości od każdego, kogo spotykamy miłości potajemnej, nie codziennej miłości" "Przyjdź do mnie, kiedy się zestarzejesz, kiedy zapragniesz kawy"

piątek, 11 stycznia 2013

Sedno sprawy Graham Greene

Jakże głupią rzeczą jest spodziewać się szczęścia na świecie tak pełnym nędzy.Zredukował własne potrzeby do minimum: fotografie odłożone do szuflad, umarli usunięci z pamięci; za całą ozdobę pasek do ostrzenia brzytwy, para zardzewiałych kajdanków. "Ale ma się jeszcze oczy- myślał- ma się uszy. Pokaż mi człowieka szczęśliwego, a ja ci pokażę egoizm, samolubstwo, zło albo też całkowitą ignorancję"

poniedziałek, 7 stycznia 2013

"Dwa księżyce" rocznik1993

"Nasza miłość wydaje się piękniejsza wśród tych niziutkich ścian i tego pięknego ogrodu.W mieście nie można zażyć szczęścia tak bogato. - Przyjacielu, czy jesteś szczęśliwy? - Tak, i Twoje suknie tu są ładniejsze w tym domku wśród gwiazd"

piątek, 21 grudnia 2012

Moja i Mariana Hemara Warszawa...

Ulicą Niecałą pewnego dnia w Warszawie strapiona dziewczyna szła w ogrodu chłodny mrok Taka smutna aż łzy zaciemniły jej wzrok Czy pracę straciła, czy tak jej żal, że nie ma w czym pójść na dzisiejszy bal. Jakie smutki serce gniotą czy dokuczył jej ktoś mniejsza o to ach, idzie ulicą ze swą tajemnicą i łka I widzę jak idzie, wytężam wzrok w jej stronę i wołam w daleki mrok: poczekaj, nie płacz, stój nawet nie wiesz jak błahy jest ten smutek twój nie ważne zmartwienia, naiwny płacz wszak idziesz ulicą warszawską patrz! świecą okna, stoją domy, tłum znajomy i wieczór znajomy czy widzisz? a ona w swój smutek wpatrzona i łka, i łka. I wołam ją ponad szumiący świat nad czarną przepaścią dwunastu lat poczekaj, nie płacz, stój! Daj mi wszystek Twój żal oddaj mi smutek Twój, weź wszystkie radości uchodźczych dni, a tamte warszawskie podaruj mi łzy. czy słyszysz? ach nie słyszy głos się gubi w ciemności i w ciszy i idzie strapiona i myślę kto ona ach, ja...

piątek, 26 października 2012

Magnetic zeros - my heros!

I'll be the church, you be the steeple. You be the king, I'll be the people. While I was feeling such a mess, I thought you'd leave me behind. While I was being such a wreck, I thought you'd treat me unkind. But you helped me change my mind. I'll be the sun, you be the shining. You be the clock, I'll be the timing. While I was feeling such a mess, I thought you'd leave me behind. While I was feeling so upset, I thought the sun never shine. Then I found forever Hey! hey! love! We've been best friends forever darling. That's' what's up! Forever! No matter what! You've got my love to lean on darling. That's what's up! You've got my love to lean on darling. No matter what! You be the book, I'll be the binding. You be the words, I'll be the rhyming. While I was feeling such a wreck, I thought of losing my mind. While I was feeling such a mess, I thought the sun never shine. You be the bird, I'll be the feather. We'll be the best of friends forever. While I was feeling such a mess I thought you'd leave me behind. When I was feeling such a wreck, I thought you'd treat me unkind. Then I found Forever! and always! You've got my love to lean on darling. All the days! Forever! Come with me! You've got my love to lean on darling. All the days! You've got my love to lean on darling. All the days All of our days Yeah... Love is a shelter. Love is a cause. Love goes on forever. Yeah, love will leads us all. Love! it is our honor. Love! it is our all. Love goes on forever. Yeah, love it is our home. Oh yeah! Yeah! that's what's up! Oh yeah! That's what's up! Yeah that's what's up!

czwartek, 25 października 2012

"Powiedzmy, Gantenbaim" Max Frisch

Wszystko na miejscu, tylko czas minął.

"Mur" J.P. Sartr

Mam to w dupie - oświadczył - ja jestem literat, matematyką zajmuję się tylko dla umartwienia.

sobota, 29 września 2012

Milan Kundera, 'Nieznośna lekkość bytu'

"Wszyscy potrzebujemy, żeby ktoś na nas patrzył. Można by nas było podzielić na cztery kategorie, w zależności od tego, pod jakim typem spojrzenia pragniemy żyć. Pierwsza kategoria marzy o spojrzeniu nieskończonej ilości anonimowych oczu, mówiąc inaczej, o spojrzeniu publiczności. Drugą kategorię tworzą ci, którym potrzeba do życia wielu spojrzeń znajomych oczu. Są to niezmordowani organizatorzy koktajli, przyjęć i kolacji. Są szczęśliwsi od ludzi pierwszej kategorii, którzy w momencie utraty publiczności mają wrażenie, że w salonie ich życia zgaszono nagle wszystkie światła. Prawie każdego spośród nich kiedyś to spotyka. Ludzie drugiej kategorii natomiast zawsze starają się o jakieś tam spojrzenia.(…) Potem mamy trzecią kategorię – tych, którym do istnienia potrzebne jest spojrzenie ukochanego człowieka. Ich sytuacja jest równie niebezpieczna jak sytuacja ludzi pierwszej kategorii. Kiedyś przecież oczy ukochanego człowieka zamkną się i w sali zapanuje ciemność. I wreszcie czwarta kategoria, najrzadziej spotykana: ci, którzy żyją pod wyimaginowanym spojrzeniem nieobecnych. To marzyciele."

niedziela, 23 września 2012

Stalfelt Pernilla "Mała książka o życiu"

Życie to wszystko, co robić się da, patrzeć na gwiazdy, wyprowadzać psa.

poniedziałek, 4 czerwca 2012

Delfiny "tak" cd...

Jestem zupełnie jak święty Jan na pustyni, tylko że nie mam siły pisać Apokalipsy, bo kocham się w Tobie, Dydysz – a święty Jan nie kochał się w Dydyszy żadnej, gdy pisał Apokalipsę. A zatem zmiłuj się nade mną, zmiłuj się nade mną. Jutro dwa tysiące lat minie, jakeśmy się rozstali. Zawczoraj wieczór przyprowadziłem tam pod rękę Wąsow. [panią wąsowicz] Baba przez dwie godziny opierała się na ręce mojej i wlokła się jak ranna hiena po Wizie. Jedną cię tylko prawdziwym aniołem Znałem na świecie – reszta wszystko – ludzie! Przed tobą tylko rozjaśnię się czołem, A przed innymi zwiędnie czoło w nudzie! Do obaczenia, droga, do obaczenia – niedługo będziemy razem. Wzdycham do Twojej twarzy i Twojego rozumu, jak do wolności więzień, jak dusza pokutująca do zbawienia, jak do ojczyzny góral, jak do Karlsbadu p. Kołomyjska, jak majtek do lądu, jak wędrowiec do fontanny, jak wygnaniec do domu, jak duch rozdzielony do powrotu w siebie! Pomyślisz sobie: „On mnie strasznie kochał, gdy tak wyglądał tam” – i nie pomylisz się, bo ja Cię strasznie i fatalnie kocham, całą duszą skutym się do Twojej czuję. Nie dziecinną, różaną, błyskotkową miłością, ale twardą, rozumną, olbrzymią, wkorzenioną w moje J a na zawsze Cię kocham. Tyś moim stała się Ideałem, Tyś moją myślą żywotną, poważną, nieoderwalną. Serce moje tęskni za Twoim sercem, rozum mój żąda, pragnie, domaga się Twego rozumu. Nie blichtr szału, nie koloryt już tylko fantastyczny pierwszych chwil ukochania obleka mi Twoją postać, ale przekonanie o Twojej sile, przeświadczenie o Twojej piękności każe mi, przymusza mnie kochać Cię, czuć, jak czujesz, i wiecznie myśl moją z Twoją ożeniać. Mam Cię za typ najpoetyczniejszy, a zarazem najrozumniejszej kobiety. Najdroższa moja! Przez pioruny i zatopy, i śniegi jechać dobrze mi, miło, lubo – ale do Ciebie. Odjeżdżać zaś, choćby taką drogą, jaką księżyc wytyka na morzu w Neapolu lub na jeziorze w Varennie, niedobrze i smętno – a dopiero cóż taką, jaką teraz się oddalam. Świat dziś podobny do kostnicy w Rapperswyl – mgła i mgła, i mgła, serce moje pękło wczoraj Do śmierci, Dialy, będę Twój całym sercem i Duchem. I przez grób Cię jeszcze przeprowadzę na drugą stronę grobu – a tam nie potrzeba mi będzie Cię opuszczać, tam nie będzie takiego miejsca jak M e l u n, gdzie bym musiał tę, którą tak serdecznie kocham, samą we łzach zostawić. byt wieczny! Miłość w rzeczy samej jest to ta spójnia, co najprzedziwniej godzi sprzeczności j a i nie-ja, wiążąc je z sobą, a żadnego nie niszcząc! Nie niszcz zatem nic z siebie samej w pamięci Twojej, raczej uważaj, jak się p r z e m i e n i w a s z już na ziemi, i z tego wnoś, jak się zdolną jesteś, choć zawsze zostając tą samą osobą, przemieniać poza planetą tym – nieskończenie, nieśmiertelnie, tam gdzie i moje j a nieśmiertelne spyta Ci się kiedyś: ,,Dialy, a co?” I w tej chwili właśnie (takie mam przeczucie) będziem gdzieś płynący ponad Rzymem, ponad starym Kolizeum, odbudowanym przez nowych ludzi, wskażę Ci go skrzydłem ł powtórzę zapytanie: ,,Dialy, a co?” A Ty mi się uśmiechniesz cicho jak Duch, co nie potrzebuje słowami odpowiadać, w tym uśmiechu będzie cała Twojej nieśmiertelności pogoda, tym uśmiechem anielskim mi odpowiesz – i przelecim, i polecimy dalej! Pamiętaj! Gramatyki wszystkie są nudą nud, są tylko trupem języka rozsiekanym – prawdziwy język żywy jest w głębi naszych piersi – chcieć, i to z miłością chcieć, a wydobędzie, objawi się, stanie się nam własnością, osobliwie, jeśli jest narodowym naszym tj. przeznaczeniem naszym osobistym przez Boga nam nadanym, formą właściwą, w którą Bóg chciał mieć nas ubranymi w tej a tej epoce czasu na ziemi. Sięgaj więc, Dialy, po język Twój rodzimy w głębi Ciebie samej, wywołuj go stamtąd z upragnieniem, wywoływaj go miłością, proś się jego jak ukrytego anioła, co śpi w sercu Twoim, a zaprawdę Ci mówię, on rozwinie skrzydła i uczujesz go rosnącym w sobie i zagarniającym duszę całą Twoją pod tych skrzydeł panowanie święte. W rzeczy samej, świętością świętości jest każdemu narodowi mowa mu właściwa. Chciałem Ci tylko wyrozumować tu, jaką wadą płochą jest zwyczaj powzięty u nas niedbania o rzecz najświętszą – o najreligijniejszą rzecz, że tak powiem, w składzie narodu – bo prawdziwie język jest to, co naród jaki r e l i g a t111 do Ducha – do inteligencji i do Boga! Kto nie wie o grzechu swoim, temu grzeszyć darowano, temu tylko, kto wie, nie przepuszczono. Mam więc nadzieję, żem Dyszę, o ilem mógł, oświecił we względzie grzechu jej dotychczasowego i że raz wyłamawszy się spod niego, Dysz nie zaprzestanie na tej drodze coraz wzlatywać wyżej, coraz wysmukłej i śliczniej, i cudniej wyrażać się danym jej przez Boga wyrazem, zmartwychwstawać z grobu obczyzny, skrzydłami własnymi Ducha swojego! Powiedz no, czasem, kiedy się zdarzy chęć Tobie, kogo Ty widujesz i kto Ci k u r ę r o b i116 tam u was w Paryżu? Bo jużci bez komplementu jakiegokolwiek się dotąd nie obeszło. a [---> 116 Z franc. faire la cour à q. – umizgać się do kogo, nadskakiwać komu. Mówiono tak już w okresie Księstwa Warszawskiego.] Daruj i przebacz – aleś może nigdy nie doznała w równym stopniu jak ja, co to drżeć o duszę czyjąś, co to podejrzywać, że ta dusza zrodzona do piękności, a całe życie piekłem ziemskim osaczona, znów nie wiedząc sama o tym, pewnym wpływom szatańskim podlega – i coraz mniej dba o tego, który by pragnął być jej stróżem aniołem, pragnął sobie odjąć, a jej dać, sam znicestwieć, a Ducha swego i wszystkich w nią przelać, pragnął umrzeć w niej, by ona żyła wysoko, niebotycznie, dumnie, wspaniale na wieki! Moc kochania rodzi siłę zarzutów, ideału miara, miarę żądań. Jedno słowo czasem, jeden rys, odcień niepodobny do oddania, w serce nalewa trucizny, w mózg podejrzenia wtyka. Jeśli po rozsądnemu to oceniać, w rzeczy samej to śmiesznością jest, nudą, kwasem, kaprysem! Lecz głębiej wglądnąwszy w duszę człowieka, nie już rozsądku lornetką, ale prosto wzrokiem serdecznym, kto wie, czyby ta śmieszność nie dostała nagle skrzydeł cherubinowych, nie błysnęła twarzą anielską, nie pokazała się być natchnieniem miłości nieskończonej! Kto ziemski bardziej, ten dłużej ziemi się trzyma, kto niebieskim bardziej, tym krócej na niej żyje; krócej co do czasu matematycznego, w Duchu zaś dłużej nieskończenie, bo człowiek, co umrze choćby w dwudziestu pięciu latach, pewno dłużej żył, niż ropucha, co od czterech tysięcy lat siedzi w kamieniu, niż skała, co od siedmiu tysięcy stoi nieporuszona! Im mniej życia, tym dłuższy byt, im więcej, tym krótszy! Kto odda spokój duszy, której rzeczywistości ręka go odebrała? I patrz, Dialy! Otośmy odwieźli tę delikatną piękność do domu, sami jesteśmy znów w oknie, patrzymy na Korso! Karnawał, radość, pustota, młodość dla tego ludu za chwil kilka się skończy; dzwon uderzy, żandarmy go rozgonią, zdmuchnie każden iskrę swoją, krzyk się rozlegnie od Popolo po Kapitol: Carnevale è morto! Starość postu się zacznie, ciemne kościoły,pogrzebne Miserere, gasnące gromnice zamiast milionowych muccolettów! Jest żandarm Pana Boga, zwany c z a s, który podobnie staje wśród Karnawału życia i mówi:,,Rozejdźcie się, siódma godzina wieczorna już uderzyła, zdmuchnijcie światła, które trzymacie w ręku, idźcie wszyscy, idźcie, a na końcu Korsa tego znajdziecie wielkie, puste Forum Romanum – i ruiny!” Ale żandarm to tylko powiedzieć może tym, co na ulicy hasali i maskę mieli na twarzy, i wosk kapiący na sukniach, i buffońskie stroje. Tym, co są w oknie, co są w pokoju, gdzie Ty i ja, i ten fortepian, i ten posąg Napoleona na koniu, i ten snop kwiecia na stole, a ta Divina Comedia130 pod lustrem, tego on nie rzeknie, bo nie może, nie ma prawa! Są albowiem na tym Korsie życia salony oświecone jedną lampą i dwoma sercami, pełne życia, Ducha, zatem młodości, pełne głosu, śpiewu, dźwięku, zatem ruchu i postępu, pełne kamelii i konwalii, zatem wiosny. Miłość je wyjęła jako wyspy szczęśliwe spod praw płynącej rzeki czasu. Tam policja wstępu nie ma, to pałac książąt rzymskich, to nie ulica ludu rzymskiego!

niedziela, 3 czerwca 2012

Z "Listów Z. Krasińskiego do Delfiny P."

Całą potęgą Ducha, całą żądzą serca zaklinam Cię, stań tu przede mną! Jeśli to cud, pragnę cudu, jeśli to gorączka się dzieje, niech mnie ogarnie gorączka, jeśli trzeba, by mózg na to prysnął, niech mi pryśnie. Szczęście obaczenia Ciebie zlepi mi go na nowo. Miłość, jak Religia, ma obrządki swoje. Te wiersze to była modlitwa do Ciebie, zupełnie to samo, co modlitwa. Mogłem być szczęśliwym jako J a czytający T o b i e, w tym pokoju odosobnionym, w tej sferze Duchów naszych zlanych wtedy razem, ale wnet staję się śmieszny, występując jako p. Zyg. Kras. czytający pani Delf. Pot. Bo dla tych, którym Tyś to oświadczyła, ja nie jestem J a, Ty nie jesteś T y. Zowię się dla nich pan K., a Ty pani P. To samo na świecie dzieje się z każdą duchowną, wzniosłą istotą rzeczy, z miłością, z każdym jej spojrzeniem, z każdym jej słowem, uściskiem, z każdą myślą piękną, z każdym szlachetnym uczuciem. Ty się może rozśmiejesz, Dialy, Ty może powiesz te słowa czytając: „Ot! Mimo woli zatknęłam cierń zazdrości w jego sercu”, ale się pomylisz. Zatknęłaś tylko kwiat żądzy w sercu moim, żądzy tej, byś zawsze i wszędzie była wyższą od świata, nietykalną przez głupstwo, poważną nad poważne i piękną nad piękne. Tak, prawda, nie mogę znieść myśli, by ta, którą chciałbym porwać do gwiazd, musiała chwastów co dzień dotykać się stopami. Gdyby anioł zstąpił na ziemię, jemu bym oddał Ciebie, bo on wyższy Duchem ode mnie – on może by w piękniejsze zawiódł Cię strony, w wyższe odział potęgi, duszę Ci nieśmiertelniej zbawił, sercem kochał szerzej, z mąk życia większym skrzydeł chłodem pewniej wyrwał – ale niższych tłum zgromadzony widzieć koło Ciebie, ale czuć, że ta, którą bym chciał wynieść na kobiet wszystkich królowę, przymuszona siedzieć wśród małp, żab, wiewiórek, osłów i wężów, przymuszona świstać ich świstem, odpowiadać na ich piski, w łapy im sadzać filiżanki herbaty – to piekłem może stać się dla mnie! Niech Cię Bóg strzeże potęgą, jak ja myślą każdej chwili, biciem serca każdej chwili i każdej chwili bez Ciebie przepędzonej smutkiem. Coś zatrutego, coś bezrozumnego, coś zwariowanego jest w rozdziale dwóch serc kochających się. Życie obojgu zamienia się wtedy na ciągły n o n s e n s i na wieczną boleść. Kiedyż przepaską rąk moich obwiążę Ci kibić, kiedyż Cię porwę i nieść będę na jawie w ramionach, tak jak w snach co dzień Cię porywam, przyciskam do serca i noszę gdzieś, nie wiem gdzie, ale noszę ciągle, daleko, silny jak olbrzym, kiedy Ty lekka jak wiązka kwiatów. O! W moje objęcia wrzuć się jak ze skały wysokiej w morze – niech uczuję spadającą Ciebie w ramiona moje, niech Twoje usta uderzą mi w usta i zostaną do nich przykute na wieki! Jak piorun spada, niech szczęście pada na mnie i zdruzgoce mnie, niech umrę, spalony ogniem niebieskim. Dialy, Dialy, Dialy, jedno albo drugie, Ty albo zginąć! Bo żyć bez Ciebie, marząc o Tobie, to być szatanem, co siedzi w piekle na stosie popiołu, a przypomina, że niegdyś tron miał z tęcz uwity na głowach gwiazd! Ja życiem płacę każdą chwilę rozstania się z Tobą, życiem kupuję każdą przywitania! Zmiłuj się, przybądź. Widzę Cię, łzy z ócz Ci się puszczą, wołasz: ,,Zygmunt!” Kto odpowie? Gdzie Zygmunt? Gdzie on teraz? Ach! Przypomnisz sobie, żeś Ty – tyle chwil, godzin, dni straciła, które z nim przebyć mogłaś, przypomnisz sobie i to Molo di Gaeta, gdzie on czekał na Ciebie, i coraz rzewniej płaczesz - tak, tak, płaczesz, Dialy moja! A gdybym wtedy nagle stanął przed Tobą, ukazał Ci się, rzekł: „Jeszcze za grobem ja kocham Ciebie”, Ty się zlękniesz, krzykniesz, ucieczesz, nie zechcesz ścisnąć dłoni umarłej Zygmunta Twego! Nim zginę, tak usta Twoje przepoję żarem, że wszystko inne wyda Ci się już tylko lodem, nim umrę, spalę serce Twoje, serce Twoje i ja leżeć będziem w jednej trumnie! Przekonanym, że prawdę mówię, że prorokuję sobie śmierć, Tobie serca skon! Otóż kiedy tak siedzę, nagle uderzyła na mnie dawno niedoznana żądza, żądza snów moich młodocianych, żądza nieśmiertelności! Ale już nie dla mnie osobno, nie dla mnie tylko – żądza, byś Ty była nieśmiertelną w pamięci ludzi, potrzeba konieczna, bym ja Cię wyrwał spośród znikomych i znaną postawił przed ludźmi na wieki, tak jak Beatrice Danta, tak jak Laura Petrarki! W tym śnie ma być prawda Epoki naszej. Epoka nasza jest przejścia Epoką. Każda podobna nosi barwę przeważną złego, bywa piekłem na ziemi, bo z jednej strony wiary stare upadły, nowe nie wywikłały się jeszcze. Równie gwałtownie i nieubłaganie jedni ludzie stoją przy prawach przeszłości, drudzy przy nadziejach przyszłości! A pierwsze już n i e s ł u s z n e, drugie jeszcze nie są s ł u s z n e, zatem walka i niesprawiedliwość, i gwałt z każdej strony, i brak Boga wszędzie. W innych Epokach, gdy są ścisłe, pewne wiary, niezawodne, określone niebiosa, obrzędy, religie, piekło bywa gdzieś, ale nie tu. W naszych czasach piekieł nie ma za ziemią, pod ziemią, ale one są na ziemi.

wtorek, 8 maja 2012

***

Wędrowiec, na istnienie spojrzawszy z ukosa, Wszedł na cmentarz: śmierć, trawa, niepamięć i rosa. /Cmentarz, Leśmian/

piątek, 6 kwietnia 2012

z "Mistrza i Małgorzaty" Bułhakowa- tak świątecznie

Cóż Michale Aleksandrowiczu - Spośród wielu teorii o tym co dzieje się z nami po śmierci jest też i taka, która mówi, że każdy ma to w co wierzy. A wy niestety nie wierzycie w nic.(Woland)

poniedziałek, 2 kwietnia 2012

z 'Widnokręgu' Wiesława Myśliwskiego

Widnokrąg- O, ta linia, dookoła między ziemią a niebem, która nas zamyka. Chociaż to tylko złudzenie. Gdybyś chciał do niej dojść, będzie się zawsze od Ciebie odsuwała, zachowując tę samą odległość. A Ty będziesz zawsze w środku. I nigdy nie dojdziesz. Potwierdza jednakże, że ziemia jest okrągła. Chciałem już powiedzieć, że to nie prawda, bo stary Kaziuń, z którym pasłem krowy, doszedł. Ale pomyślałem, że pewnie by mi nie uwierzył. s.256

Czytać to, na co spojrzy, czytać, pisać nie ma znów do kogo, a Bogu wystarczy, jak powie, bo Bóg tak samo nie pisze, tylko wszystko ludziom mówi. s.258

Ale Kaziuń mu mówił, ze nigdy nie ruszy, bo najciężej jest ruszyć. Nie dojść, ale ruszyć. Dać ten pierwszy krok. Bo ten pierwszy krok nie jest krokiem nóg, lecz serca. To serca najpierw rusza, a dopiero nogi zaczynają za nim iść. A na to nie tylko trzeba siły, ale i przeznaczenia, żeby przemóc serce i powiedzieć, to ruszam. A to trochę ciężej niż powiedzieć, to umrę, choć trochę mniej, niż powiedzieć, to urodzę się. s.259

I tak uczył mnie każdego dnia tych krów, poczynając od najprostszej wiedzy po pełne pokory przekonanie, że w krowie jest cała tajemnica stworzenia i głębsza niż w człowieku. Równa tajemnicy gwiazd, słońca i śmierci. 230

Nie samymi oczami się tylko widzi. Taki ślepy nie widzi, a ile widzi. s . 410

A kto mówić nie potrafi, ten i kochać nie potrafi. S 565

A jak przynajmniej jedno i drugie dobrze tańczy, to mogą potem i żyć dobrze. Bo co to za życie z drągiem, co to nie potrafi kroku dać. (…) Ludzie taneczni więcej potrafią zrozumieć jedno drugie. Od tańca wspólne życie się zaczyna, a że na łzach się nieraz kończy, to już takie ono jest i niczyja w tym wina. s.570

Czasem przechodziłem na drugą stronę, gdzie rozciągała się już tylko bezdomna równina, ale widocznie moja udręczona nadzieja potrzebowała nie ciasnych uliczek, nie zaułków, nie miasta, lecz przestrzeni zamkniętej jedynie przez okrążający mnie w dali widnokrąg. s. 578
niewiele przecież trzeba słów, żeby zamknąć w nich nasze przeznaczenie. I, być może, ze wszystkich słów tylko te niedokończone są jak ziarna, kiełkują, rosną. s. 590

Błogość bowiem nigdy nie jest taka jednoznaczna. s. 592